niedziela, 24 stycznia 2010
Z trochę innej strony
Podobno taniec jest dobrym sposobem na zrzucanie zbędnych kilogramów , niesie radość, pobudza zmysły itd. Niektórzy poprzez taniec realizują swoje pasje i marzenia. Bla bla bla...Dla mnie taniec to tylko kolejna forma wysiłku fizycznego , którego nie lubię i staram się unikać :) Ale ponieważ trwa karnawał , więc może słówko o tańcu właśnie. Kto chce , niech tańczy- godzina tańca w dyskotece to podobno 500 kalorii mniej. Kto nie lubi ,niech obejrzy „ Nine- Dziewięć” , musical Roba Marshala. Od patrzenia na to , jak zmysłowo poruszają się Fergi i Penelope Cruz w tym filmie też pewnie można co nieco spalić a panów rozpalić. Scena , w której Penelope tańczy i śpiewa , kiedy Fergi schyla się na plaży a piasek przesypuje jej się w dłoniach , to kwintesencja seksu, namiętności i piękna. Bez golizny , wulgarności i dosłowności. Polecam. A kto , tak jak ja nie lubi ćwiczyć , niech wie , że są przyjemniejsze formy spalania kalorii , np. . podczas czytania przez godzinę tracimy 25 kcal , ale gdy robimy to na głos, już 150 kcal. Pisanie długopisem 90 kcal , poprawianie makijażu przez 5 min 30 kcal, schodzenie ze schodów 364 kcal, stanie na baczność 115 kcal :):):) I tym humorystycznym akcentem kończę na dziś, idę przygotować łóżko do spania (200 kcal), może jeszcze coś przeprasuję (144 kcal) i pójdę spać (62 kcal). I jeszcze przesyłam wszystkim odchudzającym się buziaka na dobranoc (150 kcal). I jeszcze jedno- jest mnie mniej o 17 kg. Czy ktoś oprócz mnie w naszej drużynie jeszcze coś robi , czy sama pracuję na sukces grupy???
wtorek, 01 grudnia 2009
Coś drgnęło, jakby...
Miałem okres zastoju wagi, czyli przez jakiś czas utrzymywal się stan masy równy "równy". Zapewne wynikało to z niezdyscyplinowania i lekkiej zmiany trybu życia. Ale (i tu nawiązanie do tytułu) coś drgneło i spadłem o 1 ważny kilogram. Poczułem się lepiej, ponieważ w tej sztafecie zajmuję przedostatnie miejsce. Gratuluję koleżance liderce szczególnie, a i za resztę też trzymam kciuki. Powo i pozdro, K-of-M
niedziela, 22 listopada 2009
Widzę światełko w tunelu :):):)
Minęło dziewięć tygodni od kiedy podjęłam największe wyzwanie mojego życia w ostatnim czasie. Jestem na diecie , chodzę na siłownię , CHUDNĘ !!! Tak , dokonało się to , co wydawało się niemożliwe kilka tygodni temu. A wystarczyło trochę silnej woli, zmiana nawyków żywieniowych , stałe godziny posiłków, nie obżeranie się bez względu na to , czy jestem głodna , czy tylko tak mi się wydaje. No i jeszcze trochę wysiłku fizycznego , ale nie oszukujmy się , też bez przesady. Ze względu na kontuzję , której doznałam kilka miesięcy temu , zakres ćwiczeń mam ograniczony na razie do bieżni i rowerka. Daję z siebie dużo trzy razy w tygodniu , ale na pewno nie powiem, że katuję swe ciało w imię wyższych celów. W związku z moją ogromną „ miłością „ do ćwiczeń , o czym już wspominałam , robię tyle ile mogę i chcę , i jest dobrze. Powiem więcej- jest bardzo dobrze. Waga się zmniejszyła o 10 kg !!! To wciąż tylko część tego , co sobie zaplanowałam , do końca wciąż daleko ale już jestem pewna , że mogę , że się uda. Jeden tydzień równa się u mnie 1 kg w dół i nie ma skoków w górę , nawet , jeśli zdarzy mi się zgrzeszyć myślą , mową , uczynkiem i zaniedbaniem :):):) .A zdarza się , niestety , zjeść np. czekoladkę maleńką , plaster pięknie pachnącego , chudego boczku czy wypić dwie lampki wina. Na szczęście nie co dzień , sporadycznie , ale dzięki temu wiem , że nie muszę się umartwiać. Będzie dobrze , jest dobrze !!! Wczoraj po raz pierwszy od podjęcia walki ze sobą , musiałam dokonać zakupu nowej garderoby- i kupiłam spodnie o dwa rozmiary mniejsze :):):)
wtorek, 10 listopada 2009
Oj minęło 40...
Ostatnio musiałem dietę zmodyfikować, to znaczy nie korzystałem z niej. Po prostu brakowało kasy na jakiekolwiek produkty. Ale wagę utrzymałem:-) Niestety nie mogę w tym tygodniu ćwiczyć. Łukasz z Piotrkiem mi zabronili, bo biorę antybiotyk:-( Ale dziś nie o tym... Wczoraj mój naczelny, Arek znaczy, powiedział coś takiego: - Jak zawsze ogladałem czterdziestolatka, to myślałem, że to stary zgred! A tu... Więc do rzeczy. Dzisiaj wieczorem chyba nie będę się "szanował". W końcu... Dokładnie (jeśli dobrze pamiętam) o 14.20 kończę 40 lat!!! Jak ten czas leci...
czwartek, 29 października 2009
Z pamiętnika ciamajdy
Nienawidzę ćwiczeń fizycznych ! Całe szkolne życie nie cierpiałam wf-u , no może z wyjątkiem koszykówki, basenu i callanetics , ale to już stare dzieje. A teraz trzy razy w tygodniu muszę cierpieć na siłowni , bo niestety wiem , że sama dieta niewiele da. Co się " pożarło" przez 30 kilo obżarstwa , teraz trzeba wypocić. Pierwsze dziesięć minut na bieżni to droga przez mękę , cierpię , zaciskam zęby , wydłużam krok , przyspieszam i .... na szczęście później jest już lepiej . Pojęcia "kondycja i sprawność fizyczna" w moim przypadku nie istnieją. Jestem jak zmurszały głaz :):):) dzięki Bogu coraz lżejszy- ubył mi kolejny kilogram ale do końca niestety daleko. Dlatego jutro rano znów będę katować swe ciało i duszę i jeśli nie wyzionę ducha , to do przeczytania wkrótce :):):)
środa, 28 października 2009
Normalnie ręce o(d)padają
Dramat. Po prostu dramat. Jeszcze w poniedziałek, zanim pojawiliśmy się w Blue, wszystko było w jak najlepszym porządku. Bardziej bałem sie o dziewczyny niż o siebie, bo wiem jaki wymagający jest Łukasz. A one? Kurde jak skowronki. Najpierw przysiadły na kanapie i każda z osobna, choć właściwie robiły to razem, spijały z ust ”Pachela” każde słowo, każdą instrukcję, każdą restrykcję i groźbę. - Przede wszystkim bezwględnie przestrzegamy diety, co tydzień lub dwa będziecie się ważyć i przez cały czas ciężko pracować. I nie możecie złamać naszych zasad - zaczął. - A ty na co czekasz? Wiesz co robić. Przebieraj się i na salę - rzucił tylko do mnie. A one wysiedziały z nim jeszcze kwadrans. Nie to, żebym był zazdrosny, ale...:-)
Pochodziły sobie potem po bieżni, pojeździły na rowerkach. I poszły pod prysznic. A z mojego ”wiesz co robić”, wyszło coś strasznego. Pomyślałem sobie, że jak na czteromiesięczną przerwę nie mogę przeginać, więc spędzę jakieś 45 min na orbitreku. Pech chciał, że obok chodził ”po schodach” jeden z instruktorów. Piotrek znaczy. Tu się niby przywitał, uśmiechnął, ustawił mi maszynę, aż w końcu się okazało, że to on ma się za mnie wziąć. I nie czarujmy się dostałem w dupę. Orbitrek okazał się małym miki. Potem wziął mnie na salę na pięć ćwiczeń - plecy, triceps, biceps, brzuch, klaciora... Pokazywał co i jak, i ustawiał ciężar. Owszem podchodził i pytał czy wszystko ok. Odpowiadałem, że ok i że chcę więcej. No ale nie ciężarów! Przy bicepsie wysiadłem. Znaczy ręce. Musiałem przy trzeciej serii maksymalnie zmniejszyć obciążenie. W końcu Piotrek zaordynował, że jak na pierwszy raz, to już starczy tych ćwiczeń. Też tak myślałem. A o tym co działo się w nocy i na drugi dzień, i co wtedy o nim myślałem, wolę nie pisać:-) Na prochach jakoś przetrwałem do dzisiaj. Rano znów pokazałem się w Blue. Piotrek już czekał. I to przed klubem. - Robisz to samo - rzucił. Ja też mu odpowiedziałem. W swoim dość kwiecistym stylu, choć zaskakująco krótko: - K... rąk wyprostować nie mogę! Bo i wyglądam od poniedziałku tak, jakbym się dopiero od klatki dla małp oderwał. Jak jakiś pieprzony gibon. Cieszę się tylko, że to nie w okolicy barków mnie tak złapało, bo bym wyglądał jak dźwigający 40-calowy telewizor panoramiczny ”mięśniak”... Zrobiłem swoje na sali, choć z mniejszymi obciążeniami. I dopóki nie poszedłem pod prysznic, wydawało mi się, że będzie ok. Tyle, że kapinki żelu nie mogłem potem do szyi donieść! Z ubraniem też problem, a w samochodzie wspomaganie jakby przestało działać. Ledwo to piszę teraz... Udaje się tylko dlatego, że mam zgięte ręce. Ale wyprostować już ich nie dam rady:-(
wtorek, 27 października 2009
Nie ma to jak ruszyć cztery litery i poćwiczyć!
Nareszcie....!!!!Przystąpiliśmy do najatrakcyjniejszej dla mnie strony diety czyli ćwiczenia na siłowni. Przemiły Łukasz Pachelski z Fitness Club Blue, dość stanowczo dał Nam czyli mnie, Jędrusiowi i Renacie do zrozumienia czego oczekuje z Naszej strony, a więc - REGULARNYCH MINIMUM 3 RAZY W TYGODNIU ĆWICZEŃ z maksymalnym zaangażowaniem. Wczoraj odbył się pierwszy trening. O rany kondycjo.... gdzie się podziałaś? Niestety na kanapie przed telewizorem. Satysfakcja z tego, że poświęciłam trochę czasu dla siebie dało mi niezmierną motywację i dojrzałam światełko w tunelu w osiągnięciu celu..celu...oj jeszcze bardzo daleka droga! Do boju, do boju ..........:-)
wtorek, 20 października 2009
Najtrudniejszy pierwszy krok
Cześć , mam na imię Renata i jestem grubasem… Krótkie zdanie ale kosztowało mnie wiele emocji i strachu , ale zrobiłam to i …uff , co za ulga ! Pierwszy krok za mną ! Chyba w przypadku każdego problemu trzeba zacząć od nazwania tego po imieniu. A potem może być już tylko łatwiej. Tak jak Krzyśka , przerażało mnie to całe odchudzanie , ale najbardziej bałam się upublicznienia swojego problemu. Po co mi taki ekshibicjonizm ? Zenek na forum napisał : „ostawić koryto i waga spadnie, po co tu trenerzy i kapitanowie "drużyny"? Chcecie się pobawić rozumiem i trochę rozgłosu”.
poniedziałek, 19 października 2009
jest mnie mniej :-)
Z lekkim przerażeniem podszedłem do tematu odchudzania, ale czas po temu był najwyższy. Jak na razie trwam i jest mnie mniej o ponad 4 kg. Niestety odmawiam sobie. Zrezygnowałem z pieczywa i kartofli, jem mniej, ale dla odmiany te właściwe towary. Staram się być konsekwentny, choć pokus jest co niemiara. A, i jeszcze ograniczyłem słodycze. Pozdrawiam resztę załogi życząc smacznego :-) Ratunku!!! Jestem słoniem!!!
To mój debiut na blogu. I w takiej akcji też:-) Lubię wyzwania, zakłady i zastrzyk adrenaliny. Postanowiłam sprawdzić, czy aby na pewno mam silną wolnę. A wszystko przez Andrzeja (niech go licho:-))... Nigdy nikomu i niczego nie zazdroszczę. Ale za to zawsze podziwiam ludzi, którzy swobodnie poruzmiewają się językami obcymi i mieli łatwość ich nauki. To dar. Od niedawna podziwiam ludzi wykazujących charakter i silną wolę w walce z własnym słabościami. Zaczęłam dostrzegać ich umiejętność godzenia tej walki z codziennym życiem i problemami jakie ono niesie. I właśnie Andrzej wszedł mi w taki sposób na ambicję. Boję się jednak, że kiedy przyjdzie trudniejszy czas w pracy lub domu, to sobie nie poradzę. Do tej pory wszelkie emopcjonale "niedobory" rekompnesowałam sobie słodyczami, w szczególności ptasim mleczkiem, które po prostu uwielbiam. Boję się też, że to co osiągnę teraz, na diecie, później nadrobię. Boję się, choć przeciez jeszcze nie osiągnęłam celu. Dlatego Endrju plizzzz stój nade mną z batem. Liczę, że całej naszej czwórce uda sie osiągnąć zakładane cele. I że każdy dla każdego będzie wsparciem. Kurczę, potrzeba mi własnie wsparcia jak diabli. Bo w moim przypadku dobre słowo przyjaciela, czy osoby, która ma podobny cel, jest po prostu bezcenne. Zaczynałam akcję z 74 kg na koncie. Mój cel to 62 kg. Po trzech tygodniach jest mnie niej o... 4 kg!!! Cieszę się, ale jestem przerażona tym, jak do tej pory nie dbałam o to co i jak jem. To dopiero trzy tygodnie, a już czuję, że zmienia się moje codzienne życie. Bo nie czarujmy się, dieta to nowa i trudna lekcja. Mam nadzieję, że dam radę... Powrót płockich grubasów:-)
Nie da się bez problemu zerwać ze złymi nawykami. Nie da się nie przeżyć efektu jo-jo. Ale da się walczyć ze zbędnymi kilogramami. Skutecznie. Dla nas. Dla zdrowia. I dla wszystkich, którzy boją się spróbować. A my się nie boimy. Walka będzie to trudna, ale jesteśmy już zaprawieni w bojach. I jesteśmy gotowi podjąć kolejne wyzwanie. W każdym bądź razie ja jestem. Członkowie mojej nowej drużyny ciężko mieli od początku. Przede wszystkim musieli publicznie przyznać się do swoich słabości i problemów. Na pewno nie było to łatwe, ale już mają na koncie pierwszy sukces. Zdecydowali się wziąć udział w tej wojnie. Zdecydowali się skorzystać z pomocy dietetyków z serwisu Vitalia.pl. Z pomocy lekarskiej Naszej Przychodni i naszego trenera Łukasza Pachelskiego, menedżera z Fitness Club Blue. Teraz, a właściwie tak było 25 września, kiedy wystartowała nasza akcja, mieliśmy łącznie prawie 159 lat i ważyliśmy 391 kg! Ale pod koniec akcji, czyli w połowie lutego, choć będziemy tylko ciut starsi, to na pewno będziemy zdecydowanie lżejsi. I tak jak Anna Młodawska-Niedzielska nie będziemy podjadać ton słodyczy, czy jak Krzysztof Misiak, nie będziemy już mieć problemów z kupnem odzieży. Będziemy lżejsi i zdrowsi. I do wspólnej walki namawiamy wszystkich płocczan. Razem będzie nam zdecydowanie łatwiej. Bo wszyscy chcemy być lżejsi, zdrowsi i szczęśliwsi. W pierwszej edycji nasza drużyna schudła prawie 50 kg! Najwięcej ja, zgubiłem aż 26 kg! Teraz chcemy zrzucić jeszcze więcej. Do walki stanęli: -- ja, Andrzej Zarębski, jako doświadczony w bojach kapitan; -- Krzysztof Misiak, supergitarzysta, który ma dość problemów z zakładaniem skarpetek; -- Anna Młodawska-Niedzielska, I wicemiss Mazowsza z 1993 roku; -- Renata Kraszewska, znana dziennikarka Katolickiego Radia Płock. A skoro ruszył już blog, lada chwila pojawią się pierwsze wpisy naszych zawodników. Trzymajcie za nas kciuki!
niedziela, 21 czerwca 2009
Pierwsze podsumowanie - czyli mamy rekordzistę!
Zaczynaliśmy pod koniec lutego. Była nas szóstka śmiałków, która podjęła bój z kilogramami. Nasza płocka drużyna to dziennikarz Andrzej Zarębski, fotoreporter Dominik Dziecinny, radna Elżbieta Podwójci-Wiechecka, wiceprezydent Piotr Kubera, aktor Piotr Bała i jagiellończyk z Kanady Maciej Turowski. Nie wszyscy wytrwali, ale za to mamy rekordzistę czyli mnie. Znaczy Andrzeja:-) Nie wszyscy wytrwali, nie wszyscy podjęli walkę. Piotra Bałę poszukiwaliśmy specjalnym listem gończym, ale się nie złamał. Powstała nawet na jego temat anegdota: podczas kolacji w teatralnym gronie Piotrek zamówił sałatkę. - Bo się odchudzam - oznajmił. Ale zanim się na nią doczekał, zdążył objeść współbiesiadników. Na początku naszej akcji deklarował, że waży 105 kg, ale gdy go w końcu w „Gazecie” niemal siłą postawiliśmy na wadze, ta wskazała 118 kg! I słuch o Piotrku zaginął. Najwięcej przygód w czasie akcji miał Maciek Turowski. Choć zaczynał „dietę” na Florydzie i wyspach Key West od drinków i różnych innych smakowitości, ubyło go aż 7 kg. Ile waży obecnie? Czekamy na wieści, które lada moment powinny nadejść. Ale mamy na koncie sukcesy. Dominik zrzucił 17 kg, a ja... Zaczynałem walkę od 132 kg. Dziś mam 106! Czyli jest mnie całe 26 kg mniej. A to absolutny rekord ogólnopolskiej akcji.
poniedziałek, 08 czerwca 2009
Oj dawno mnie tu nie było:-) I wiecie co? Podobno mam fajny tyłeczek:-)
Ale już nadrabiam zaległości, choć na razie bez zdjęć. A przynajmniej wielu:-) Taki oto tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej, przy okazji... tego, że póki co jestem rekordzistą akcji Polacy Odwagi...
Na fotce na pierwszym planie ja, czyli Jędruś z mniej więcej 19 maja. A w tle moi konkurenci-rekordziści, o których więcej przeczytacie w serwisie odwazsie.pl. No dobra to teraz ten tekst: ”To już trzy miesiące? Trudno uwierzyć. Zwłaszcza w to, że tak stanowczo i ortodoksyjnie podporządkowałem się diecie. Jeść w miarę regularnie i do tego pięć razy dziennie? I do tego pracować w "Gazecie"? Niemożliwe! A jednak. Nie będę ściemniał. Nie przystępowałem do akcji z wielkim przekonaniem. W lutym ważyłem 132 kg. Tak oto było w maju. A dziś (pomiar dokonany w miniony czwartek) ważę już tylko 109,5 kg. Mniej chudnę, ale za to więcej grzeszę hihihi. Bo po prostu dorosłem do tego, że wiem kiedy mogę świadomie zgrzeszyć i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Oprócz utraty wagi, to chyba największy sukces. Inna sprawa, że wiem też ile potu trzeba później na treningu wylać, żeby po grzechu nie zostało śladu:-)
piątek, 01 maja 2009
Nazywam się 113 i 4:-)
Od czego by tu zacząć? Dobra. Od Piotrków dwóch. Naszych. Kilka słów o nich. Najpierw wiceprezydent Kubera. Tydzień temu się pochwalił, choć drogi do bloga nadal nie znalazł, że jednak zrzucił 2 kg. Zadowolony był i nawet zapowiedział wizytę na siłowni. Nie wiem jednak czy tam dotarł. Ale znalazła się nasza największa zguba i to dosłownie. Mowa o Piotrku Bale, którego już przecież poszukiwałem listem gończym. Ukrywał się i ukrywał. Aż w końcu odwiedził mnie w redakcji, bo się przestraszył, że przez telefon z nim chłodno rozmawiałem. Ja chłodno? Przecież ja taki gorący chłopak jestem:-). I serdeczny, i miły, i sympatyczny, i wszystkich lubię:-) Więc przyszedł i sie tłumaczył. Że spektakle, że chorował znowu, że zalatany. Ale teraz już sobie wszystko ustawi (tylko który to ja już raz słyszałem?), że umówił się z Naszą Przychodnią i Jarkiem Waneckim. Po raz kolejny wziął telefon do Łukasza Pachelskiego i zapowiedział, że w poniedziałek przyjdzie do ”Gazety” zobaczyć jak się bloga pisze. Że już powiedział dyrektorowi w teatrze: ”dyrektorze teraz to ja muszę się wziąć za siebie”. Uff dużo tego... Ale teraz najciekawsze. Trochę się dzieciak chyba podłamał. Niemal siłą postawiliśmy go na wadze, bo przecież jeszcze tego nie zrobił. Swoje startowe 107 kg podał z ”kapelusza”. No i wyszło szydło z worka. Piotrek waży - 118 kg!!! A teraz ja. Gdy tydzień temu stawałem na wadze, przeżyłem chwilę zwątpienia. Krótką, bo przecież wiem, że przychodzi taki moment, kiedy waga ani mru mru. Usprawiedliwiałem się też małym grzeszkiem. Bo pozwoliłem sobie z okazji 19 rocznicy ślubu z moją Kasią na małe szaleństwo. Wcześniej oczywiście opuszczając jeden posiłek, czy dwa. Zaserwowałem skrzydełka. Pieczone. Pychota. Uwielbia je Kapi (znaczy Kacper - syn nasz młodszy), uwielbiam ja (ja przede wszystkim) i Kasia, gdy ją nimi karmię:-) Do tego była butelka wina, przepysznej gamzy (no nic na to nie poradzę, że ją też uwielbiam). Było miło, tylko jakoś szybko usnąłem hihihi Kapi się potem dopytywał czy napiszę o tych skrzydełkach na blogu (Dżizas przecież ja mam swoją własną technikę jedzenia skrzydełek!!!). Musiałem zatem się przyznać. Ale minął tydzień - wybaczcie to słowo - ostrego zapieprzania na siłowni. Już żadnych wybryków nie było. I stanąłem w ostatni dzień kwietnia na wadze (tradycyjnie w czwartek). I drgnęło, oj nawet bardzo. Ważę już tylko 113,4 kg. Czyli od początku akcji licząc jest mnie mniej o całe 18,6 kg!!! Kurde strasznie się cieszę!!!
wtorek, 28 kwietnia 2009
Najświeższe wieści
Napisaliśmy o sobie w ”Gazecie Wyborczej”: ”Drużyna płockiej „Gazety” jest szczuplejsza z dnia na dzień. Przez niespełna dwa miesiące, od początku akcji „Polacy, odwagi!”, schudliśmy co najmniej 34 kg! Walkę zaczynaliśmy 26 lutego i ważyliśmy wtedy łącznie 599,5 kg. My, tzn. radna Elżbieta Podwójci-Wiechecka, wiceprezydent Piotr Kubera, Maciej Turowski z Kanady, aktor Piotr Bała, Andrzej Zarębski i Dominik Dziecinny z „Gazety”. Jesteśmy dzielni, choć różnie potoczyły się nasze losy. - Jak tam Piotrek? Bo nam się wydaje, że przytył - pytają aktorzy z płockiego teatru. A my odpowiadamy: - Nie wiemy! Bo najpierw chorował, u lekarza nie pokazał się ani razu, nie zrobił sobie badań i nie pojawił się na siłowni. Podejrzewamy, że nadal zajada się swoją ulubioną pizzą pepperoni. Z resztą jest lepiej, choć „buntował” się wiceprezydent Kubera. - Dieta mi nie pasuje, za dużo tu mleka - narzekał na początku. Potem dostał nową dietę z opiekującej się nami Vitalii.pl, ale: - Kurczę no, jak mam w urzędzie robić sobie pięć posiłków? - nie dawał za wygraną. Wiemy jednak, że gra w piłkę i czasem pojawia się na siłowni. Więc liczymy, że trochę schudł. Zdecydowanie lepiej radzi sobie reszta, choć... - Ja tam nie jestem w diecie tak rygorystyczna, ale już koleżanki zauważyły poprawę - cieszy się Elżbieta Podwójci-Wiechecka, która na bieżni chodzi w ostrym tempie po 4 km. - Kilogram zrzuciłam na pewno i już się lepiej czuję. Najbardziej rozrywkowy jest nasz Maciek z Kanady. Najpierw zajadał się mięsem i popijał tequilę na Florydzie, a potem, już u siebie w Montrealu, wcinał steki i raczył się winem w towarzystwie pięknych przyjaciółek. Zdjęcia z jego wyczynów są na naszym blogu: plocczaniedoboju.blox.pl - Ale schudłem już 7 kilo - cieszy się Maciek. Dziewięć kilogramów zgubił już Dominik, który jednak coraz częściej aktywnie omija siłownię. - Co ze Śpiochem? - dopytują się nasi nowi koledzy z Blue. Mówią tak na niego od chwili, gdy między ćwiczeniami zaczął przysypiać. Z kolei Andrzej... Jak na szefa drużyny przystało, musi trzymać się za wszystkich. Męczy redakcję codziennie zapachami przyrządzanych przez siebie obiadków. I zrzucił już 16,8 kg! To rekord.”
niedziela, 19 kwietnia 2009
W Kanadzie to dopiero jest dieta :-)
W komentarzu do wpisu Andrzeja (koniecznie przeczytajcie) wspominalem o dietowym cierpieniu. Ale zaraz po tym musze jednak sie przyznac, ze z tym cierpieniem troche przesadzilem, bo...... troche odstepuje od diety, ale tylko okazjonalnie. Np. w ubieglym tygodniu musialem uczestniczyc w restauracyjnej imprezce z okazji urodzin jednej z moich przyjaciolek. Na dowod czego zalaczam zdjecie przyjaciolek i..... mojego talerza.
Troche niepokoje sie tym komisyjnym wazeniem w Plocku po moim przyjezdzie, ufff . No ale coz, nikt nie jest perfekt, nawet ja, he he. Maciek
czwartek, 16 kwietnia 2009
Ja pierdziu...!!!
Nie będę ściemniał, że w święta było lekko. Jak tylko u teściów w Wyszogrodzie poczułem ciasto, a dokładnie sernik z makowcem (jakoś na zapachy jestem ostatnio szczególnie wrażliwy), wiedziałem, że święta będą ciężkie. Miałem cholerną ochotę na mazurka Kasi, bo robi najpyszniejszy na świecie. Ale nie złamałem się. Miałem lekuchny żurek z jajkiem i pięcioma plasterkami kiełbaski, zjadłem przez całe święta może sześć plasterków szynki i wszystko zgodnie z dietą. Bez sensu. A najbliższy pofolgowania sobie byłem u szwagra. Miałem po prostu ochotę na whiskacza, ale skubany nie otworzył. We wtorek wróciłem do treningów. I tu smutna konstatacja. Zostałem sam. Dominik w tym tygodniu nie zajrzał ani razu. A ja w tyglu nowych ćwiczeń, popadałem w coraz większe zniechęcenie. Bo na dodatek jestem takie bydle, że jak coś idzie łatwiej, to sobie utrudnię, patrz dorzucę parę kilogramów na przyrządach, albo podkręcę tempo na bieżni. Koszulkę po takich zajęciach można wyżymać tylko. Podobnie zresztą mnie. Sił mi po mału brakuje i chęci. Do takiego wniosku doszedłem przed dzisiejszym ważeniem. A to oznacza, że nieźle musiałem sobie od wtorku tyłek skopać. W tym minorowym nastroju, pojawił się promyk wiosennego słońca. A może to po prostu mój aniołek nade mną czuwa??? Już w pracy, gdzie ważę się co czwartek, długo zwlekałem z wystawieniem wagi na światło dzienne. Zrobiłem to w końcu. Opróżniłem kieszenie w spodniach, zdjąłem buty, stanąłem i... Zawołałem Rafała Kowalskiego (kiedyś pracował ze mną w sporcie, teraz zajmuje się kulturą), bo oczom nie wierzyłem. Przyszedł, zerknął, potwierdził. To co moje oczęta niebieściutkie (muszą zajefajnie w słońcu wyglądać:-)) zobaczyły? 115,2 kg!!! Ubytek wagi od początku akcji to już 16,8 kg! Zmęczony jestem, ale szczęśliwy.
piątek, 10 kwietnia 2009
No i przyszły święta!
To dopiero będzie ciężka próba. Bo przyzwyczaić się do diety to jedno, a usiąść do świątecznego stołu z rodziną, to drugie. Ciężko będzie wytrzymać, ale ja wytrzymam. Kurde nie dam się. Chyba...:-) W końcu na wielkanocne śniadanie mam prawie kilogram sałatki warzywnej, więc jakoś to będzie hihihi Chciałem Was prosić o jedno - i tych, którzy trzymają za nas, za grubasy kciuki, i tych, którzy zazdroszczą nam odwagi, i tych, którzy lepią pierogi z grzybami, i tych, którzy pichcą różne inne smakowitości. Zróbcie to dla mnie. Najedzcie się do syta, a nawet jeszcze bardziej. Wcinajcie co się da. Wcinajcie jajka, szynki, białe kiełbasy, żurki, kotlety, mięsiwa wszelakiej maści, ciasta, mazurki. Nie żałujcie sobie. Wtedy i mi będzie radośniej. I właśnie takich smacznych i radosnych świąt Wam życzę. A kiedy już zdecydujecie się wstać od stołu, wytoczcie się na spacer. Będzie pięknie. I pomyślcie przez chwilę o mnie, bo ja jutro rano (tj. w sobotę) śmigam na siłkę, takie to moje życie. Poczuję wtedy Waszą radość i energię. Wesołych świąt:-) I jedno tylko ostrzeżenie. Baczcie pilnie, żeby nic nie przysłoniło Wam widoku dań na talerzu...
czwartek, 09 kwietnia 2009
Ponad 12 kg Jędrusia mniej :-)
Ile to już? Dzisiaj mija 6 tygodni, odkąd rozpoczęliśmy akcję. Dieta, ćwiczenia, dieta, ćwiczenia... W ”Gazecie” mówią mi, że mam już objawy anorektyzmu, bo kiedy zbliża się dzień ważenia (tj. czwartek), zaczynam się martwić, że mnie nie ubyło. Że waga nie pokaże mniej niż przed tygodniem. Że wreszcie przytyję...:-) No więc jestem już po ważeniu i... moja kochana waga pokazała 119,8 kg!!! Czyli od początku ubyło mnie 12,2 kg!!! To teraz z radości idę po 125 gram jogurtu owocowego, który wsunę z ziarnami słonecznika i sezamu. No pychota normalnie:-)
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Ach ta Goya, zawróciła mi w głowie :-)
Jestem. Wróciłem. Ciężko było pisać cokolwiek, po tej pięknej piosence. Ale jestem i nie zamknąłem oczu. Ani myślę tego robić. To był ciekawy czas, ten kiedy mnie nie było. Odniosłem jedną porażkę, tj. nie namówiłem wiceprezydenta Kubery, do napisania na blogu czegokolwiek. Zresztą w tym czasie raptem dwa razy widziałem go w Blue, gdzie ja jestem codziennie. O tu na zdjęciu chwila, kiedy razem ”dosiedliśmy” orbitreków.
Trenuję aż furczy. Dominik stara się dotrzymać mi kroku, ale większość czasu przesypia. Normalnie, aż się chłopaki z niego śmieją. Kurde, nie wiem tylko czy na siłce to też są chłopaki? Nie chciałbym w pysk dostać i usłyszeć komentarza w stylu, że ”chłopaki to gwoździe u szewca podają”. Więc powiem - koledzy na siłce. Zresztą podszedł raz do mnie Tomek Walczak (ten to ma łapę, albo jak mówi Dominik ”muły”) i pyta: Ty, coś ty mu zrobił? Mówię, że nic, że przecież dźwigamy to samo. Ale obejrzałem się. I rzeczywiście źle to wyglądało. Domin siedział na jakiejś ławeczce, złożył swoją młodą główkę na dłoniach i normalnie kimał w pozie Jezusa Frasobliwego. Nic do niego normalnie przez dobrych parę chwil nie docierało. Do dzisiaj jak wchodzi na siłkę, to się wszyscy uśmiechają:-) No właśnie Domina też nie udaje mi się namówić na kolejny wpis. Łatwiej pójdzie z Elą Podwójci, ale stosownym przeszkoleniem zajmiemy się dopiero po świętach, albo po zabiegu, który ją niedługo czeka. Mamy też problem, żeby wbił się w bloga Maciek z Kanady. A Bała? No nikt nie wie, co się z nim dzieje. Gra sobie pewnie coś tam w teatrze i o nas zapomniał. Telefonów nie odbiera, no gwiazda normalnie:-) Więc mogę mówić właściwie tylko za siebie, że tyram i tyram, i nie dałem się złamać diecie. I efekty są. A jakże. Ostatnie ważenie miałem w czwartek i znów waga pokazała mniej. Czyli dokładnie 122,4 kg. A to oznacza, że od początku naszej akcji schudłem już 9,6 kg! Hurraaa...
wtorek, 24 marca 2009
Nie zamykaj oczu, bo...
Znam i kocham tę piosenkę od dawna. Miałem przyjemność rozmawiać z całym zespołem Goya i nawet z Magdą, wokalistką, na wysokości ponad 3200 metrów. W Maso Corto. Tam ich poznałem, choć piosnkę już wcześniej pokochałem. Miło było o niej i nie tylko o niej z Magdą porozmawiać. Wspaniała sprawa, niesamowita kobieta. Po powrocie do Polski gęba mi się nie zamykała, pod takim byłem urokiem. Aż usłyszałem z pewnych ust cudnych: ”Może dałbyś już tej Magdzie spokój!” :-) Ale tych przeżyć, tego uczucia nikt mi nie zabierze. Tak samo jak do tej pory mam przed oczami autograf, który Magda we Włoszech napisała: ”Najważniejsze by mieć miłość w zasięgu swego wzroku”. Jeśli się nie mylę tak to mniej więcej brzmiało. A jeśli trochę inaczej, to równie pięknie.
Sory Magda i sory wszyscy, którzy tę piosenkę uwielbiają. Ale teraz, gdy zmagam się z kilogramami i dietą, gdy tracę z oczu sens tych działań, w chwili kryzysu przyszło mi do głowy porównanie. Że ta piękna piosenka, to piękne wyznanie, może być też głosem wszystkich głodomorów! Bo wyobraźcie sobie taką sytuację... Cisza, ciemno, pusty dom. Tylko Wy i ona. ”Nie potrzebny nam żadnych świateł blask, bo taki bije z nas”. Podchodzicie do niej. Delikatnie. Bezszelestnie. Ona mruczy cichutko. Wyciągacie ręce i... ”Nie zamykaj oczu, bo ja zawsze chcę być, w zasięgu Twego wzroku i dłoni Twych, by zawsze gdy wyciągasz je, mogły napotkać mnie”. I staje się światłość. Dreszczu podniecenia już nie jesteście w stanie powstrzymać. Wyciągacie te dłonie w ciemności, w kierunku mruczącej, prężącej się kusząco jej i przyciągacie do siebie za rączkę... I tak stoicie przed jasnym wnętrzem, wypełnionej po brzegi smakołykami lodówki...:-) Nie zamykaj oczu...
poniedziałek, 23 marca 2009
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Poszukujemy artysty. Aktora znaczy. Tego, który miał z nami walczyć o pozbycie się zbędnych kilogramów. A i tak nie wiemy ile tak naprawdę waży, bo swoje 107 kg, podał z czapki. Sam już nie pamięta kiedy ostatnio stał na wadze. Zaczynamy podejrzewać, że jeśli już, to mogła być waga towarowa. Podejrzewamy też, że pokazała mu całą prawdę. I teraz zaszył się gdzieś w zakamarkach swojej garderoby w płockim Teatrze Dramatycznym. Ścigają go już pielęgniarki z Naszej Przychodni. Ściga go doktor Przemysław Kapczyński. Ściga go nasz trener Łukasz Pachelski (za każdym razem każe mu głosem Marlona Brando z Ojca Chrzestnego przesłać pozdrowienia!). Normalnie strach się bać. Gdzie jest nasz Piotr Bała? Gdzie jest nasz artysta? Gdzie jesteś Falstaffie z Płocka? Nagroda za wskazanie jego pobytu czeka. Ale tylko ten, kto doprowadzi go do nas żywego lub nie, ją otrzyma. Żeby kara była dotkliwsza, nagrodę ufunduje sam Falstaff z Płocka. Będzie to pizza pepperoni w towarzystwie Piotra Bały (dlatego lepiej, żeby dostarczono go ciepłego:-)). Ale on będzie tylko patrzył... Bój się Bało!
czwartek, 19 marca 2009
Teraz czas na mnie :-)
Hej, to ja Dominik zmusili mnie do pisania, więc spróbuję coś wyskrobać, choć wolałbym się zaperezentować w formie fotograficznej :). Jeśli się nie mylę to dzisiaj mija 3 tydzień odchudzania. Najgorszy był pierwszy. Bo jak tu się przestawić z rozmaitych kebabów, pizz, zapiekanek na np. kaszę gryczaną z masłem (sic!) Colę też odstawiłem - w imię kefiru i wody mineralnej. Ogólnie to ta dieta taka zła nie jest. Bo czasem się trafi jakiś łosoś, kurczaczek pieczony (bez chrupiącej skórki - :( ). Dzisiaj na przykład było danie z warzyw mrożonych o smaku greckim - naprawdę super ! Najgorsze momenty są wtedy, gdy idziesz ze znajomymi do knajpy. Każdy coś zamawia , a ja siedzę i jedyne co mogę wybąknąć kelnerowi to : "A dla mnie woda " No i teoretycznie byłby to koniec odchudzania, ale jest jeszcze jeden "mały" szczegół - SIŁOWNIA . Jesteśmy z Andrzejem tam codziennie (no wyjątkowo w poniedziałek nie byłem :)) . Pakujemy przez bite 2 godziny. W skrócie wygląda to tak: 1. Rozgrzewka 10 min. na bieżni lub orbitreku 2. Ponowna rozgrzewka w stylu fitness 3. I zaczynamy ćwiczenia. Ćwiczeń w sumie jest 6 - każde powtarzamy 15 razy w 4 seriach. Niechce mi się liczyć ile to będzie kilogramów dziennie, ale coś czuję, że ze dwa Smarty naszego redakcyjnego kolegi Huberta W. przerzucamy. 4. Wszystko to podsumowujemy 40 minutami na bieżni.
I jak tu nie schudnąć. Nie wiem jak reszta ekipy, ale ja ze 107 kg zszedłem na 102 kg. Więc chyba nieźle, co ?
środa, 18 marca 2009
A na Tomka można liczyć
Piszę to z poślizgiem. Ale zrozumcie, ciężko zmierzyć się... z imnieninami teścia i teściowej. Bo teście wyjątkowo mi się udali :-) Dziś jednak mogę śmiało powiedzieć, że wyszedłem zwycięsko z tej próby. No ale po kolei... Że będą mnie wodzili na pokuszenie grzechu (akurat teściowi całkiem przypadkiem Grzesiek wołają) wiedziałem doskonale. Tak jest zawsze w Wyszogrodzie. Bo teściówka Danka dla zieńciunia zrobi wszystko. Co prawda teraz na pierwszy plan wysuwają się wnuki, ale ja nadal mam w wyszogrodzkiej kuchni swoje miejsce. No bo dla kogo oboje pichcą rosołek? No dla kogo? Dla mnie! Gołąbki dla mojego Kacpra, bitki dla mnie i mojej Kasi, a dla Filipa choćby kotlety z piersi. Oni jeszcze do tego jedzą jakieś buraczki (błe), ja zadowalam się całą resztą, tj. wyjątkowymi ziemniakami, mięchem w każdej postaci (kilku z nich tu nie wymieniłem) i zajefajnymi ogórkami kiszonymi, po które zazwyczaj nie ma komu iść do piwnicy:-) W sobotę było dokładnie tak samo. Z tą różnicą, że po raz pierwszy czując w progu - pobudzające do piekielnie silnej pracy ślinianki - pyszne zapachy, oznajmiłem: - Dzisiaj nic z tego. Mam swój prowiant! I jak na stół wjechał mój kochany rosołek, gorący, parujący, usiadłem na swoim krzesełku smutny cały (a ja to potrafię się smucić) z... butelką kefiru. Małego kefiru. Ale przeżyłem, choć zacząłem robić zdjęcia talerzom pełnym:-) To jednak potyczka tylko była. Bitwa zaczęła się, gdy wyszogrodzka część rodziny dotarła na miejsce. A stół aż zaczął się uginać od parujących półmisków. Jeszcze raz wjechał rosół (jeszcze teraz kolana mi się trzęsą na samo wspomnienie), ziemniaki, kotlety, gołąbki, bitki, karkówka pieczona... Tylko kurczak został w kuchni. Chyba Danuśka wyczuła, że to byłoby przegięcie. Patrzyłem biernie jak sie wszyscy zajadają (potem wyszedłem do kuchni przyrządzić moje 195 gram łososia i też nie było łatwo, bo przecież w kuchni został gar rosołu i kurczak!). Byłem atakowany z każdej strony. I wtedy właśnie dał o sobie znać Tomek. Kochany 8-letni szkrab, który zawsze coś wesołego potrafi chlapnąć. - Andrzej, współczuję ci - rzucił znad swojej miski z rosołem, widząc jak zerkam na każdą łyżkę, znad buteleczki tym razem soku pomidorowego. Gba mi się roześmiała i już wiedziałem, że wytrwam, mając takiego sprzymierzeńca. A oto Tomek w pełnej krasie, nad pysznościami, które mnie ominęły:-)
Piękny widok, nie:-) Tomcio dzięki za wsparcie i aktywny udział w oczyszczeniu półmisków:-) Aha wiadomość dla Łukasza. Stary nie myśl sobie. Przestrzegam diety!!! I nie patrz już na mnie podejrzliwie, gdy znów będziesz o to pytał:-) Kończę ten wpis, a w RMF leci moja Brodka (Miałeś być przy niej) i nasze trąbki! Tak, wytrwam w diecie. Chyba... hihihihi
poniedziałek, 16 marca 2009
A może zróbmy konkurs na dietetyczne ciacho?
Przyszło mi to do głowy dzisiaj w południe. Bo akurat wyjątkowo o tej porze poszedłem na siłkę do Blue. Łukasz już czekał - a jakże - w pełnej gotowości. Zarezerwował mi i rowerek, i to coś po czym się chodzi i biega, czyli bieżnię (czy jakoś tak). No a ten rowerek jest niesamowity. Siedzi człowiek na nim, rozpiera wygodnie jak w fotelu i do tego pedałuje. Normalnie za pierwszym razem - jak stałem tuż obok na bieżni (na moich pierwszych zajęciach) - widziałem na tym rowerku jedną panią. Siedziała, pedałowała i do tego czytała gazetę! Mało mnie coś nie trafiło. No bo tu ze mnie pot ciurkiem cieknie, ledwo idę, a ona siedzi i nic sobie z tego pedałowania nie robi! Skandal jakiś. Przeprosiłem się z tą myślą, gdy Łukasz mnie na to ustrojstwo posadził. Oj gazetki to ja bym sobie nie poczytał. Dostałem wycisk, choć to tylko rozgrzewka była! Potem mi zaserwował, mówiąc w skrócie trening obwodowy z ciążarami i bieżnią na koniec. Zmieniłem go na niej. Obok chodziła sympatyczna z wyglądu kobieta, w słuchawkach. Jakby nie zmęczona zupełnie. Cichutka była na dodatek. Dopóki Łukasz nie zaczął się przed nami wyginać. Normalnie tyłeczek jak malowanie. Jakieś brzuszki robił, jakieś skłony, a mięśnie aż się prężyły na wszystkie strony. - Skoro już tak tu się kręci, to mógłby się chociaż rozebrać - usłyszałem kobiecy głos z prawej strony. Popatrzyłem na nią. Kurcze po raz pierwszy tu się do mnie kobitka uśmiechnęła jakaś. I nawet nie było mi przykro, że to nie z mojego powodu. - Mogę z nim porozmawiać, żeby następnym razem wziął to pod uwagę - wydyszałem, na szczęście nie lubieżnie:-) - Eeee już mu mówiłam. I nic - odparła i zamiast tak jak ja spojrzeć wreszcie na telewizor, gdzie wdzięczyły się do całego świata chudziny, tj. modelki na wybiegach, wodziła wzrokiem gdzieś za Łukaszem. Dopóki nie zniknął.
A mi właśnie wtedy przyszedł do głowy pomysł, żeby zrobić ten konkurs na największe dietetyczne ciacho. Bo Łukasz Pachelski, który jest trenerem płockiej drużyny gazetowej gubiącej kilogramy i który jest jednocześnie menedżerem w Fitness Clubie Blue, CIACHEM jest i basta!!! To co? Ktoś poprze mój pomysł? |